Pokonywanie lęku przed mówieniem małymi krokami

Chciałam Wam opowiedzieć co robiłam i jak funkcjonował mój syn od kiedy zaczęłam podejrzewać, że ma MW. Było to bardzo późno bo M. miał wtedy skończone 8 lat.

M idąc do szkoły nie znał nikogo. Ani żadnego z kolegów, ani żadnego z nauczycieli. Jego klasa w takim składzie chodziła do przedszkola a M do nich dołączył w I klasie. Ja popełniłam błąd, bo nie zapraszałam kolegów z klasy od razu od początku września. Przez to syn nie miał szans się z nikim zapoznać, ponieważ w szkole z powodu lęku milczał. Kończył się I semestr pierwszej klasy. M nie rozmawiał z żadnym z kolegów z klasy ani w szkole, ani poza nią. Na lekcjach czasami odpowiadał jednym wyrazem na zadane pytanie przez nauczyciela. Nie był wstanie zgłosić swoich potrzeb fizjologicznych ani złego samopoczucia. Długo czekałam, aż z tego wyrośnie (4 lata przedszkola i pół roku szkoły) ale się nie doczekałam. Zaczęły się tiki nerwowe a moje dotąd spokojne dziecko zaczęło się źle w domu zachowywać, był złośliwy. Wiedziałam, że spowodowane jest to sytuacją w szkole. To właśnie wtedy zaczęłam się bardzo martwić. Zdałam sobie sprawę, że już nie ma na co czekać. Samo nie minie i jeśli niczego nie zrobię będzie tylko gorzej. M. zaczął być odrzucany przez grupę w szkole, na przerwach stał sam. Nikt już do niego nie podchodził, o nic nie pytał, bo po co? On i tak nie odpowie, pewnie nas nie lubi, nie chce się z nami bawić. Na zabraniu porozmawiałam z wychowawcą o jego problemach i wiedziałam, że tak tego nie zostawię.

Po powrocie do domu (luty 2019 r.) zaczęłam szukać informacji w intrenecie, dlaczego moje dziecko nie mówi poza domem. Po przeczytaniu pierwszego artykułu o mutyzmie wybiórczym miałam pewność, że właśnie mój syn go ma. Na tamten moment nie miałam żadnej wiedzy o tym zaburzeniu, aby skutecznie wspierać dziecko, ale chciałam jak najszybciej i jak najwięcej się dowiedzieć by mu pomóc. Tego samego dnia zaczęłam szukać grup wsparcia na Facebook-u dot. mutyzmu wybiórczego. Dodatkowo chciałam szukać prywatnie jakiegoś psychologa, który mógłby nam pomóc, ale szybko sprowadzono mnie na ziemię. Dowiedziała się, że terapia powinna odbywać się w miejscu występowania lęku, a nie w gabinecie. Doczytałam, że aby móc pracować w szkolę muszę mieć opinię lub orzeczenie z PPP. O tym, że muszę mieć diagnozę od psychiatry dowiedziałam się trochę później. Czekając na wizytę w PPP zamówiłam pierwszą książkę o MW. Wcześniej nie miałam pojęcia, że niemówienie spowodowane jest lękiem. Wciąż miałam wpajane, że moje dziecko jest nieśmiałe, że się wstydzi, dodatkowo sama mu tak mówiła 🤦‍♀️. Cieszyłam się, że wiem już co dolega mojemu synowi i że wreszcie będę mogła mu pomóc przestać się bać.

Pierwszą książkę przeczytałam w jeden wieczór. Następnego dnia zaniosłam ją do szkoły dla wychowawcy. Oprócz książki dałam wydrukowanych z grupy kilka wskazówek i poprosiłam o angażowanie dzieci na przerwach do zabawy z M. Długo nie trzeba było czekać na to żeby M wrócił radosny ze szkoły. Powiedział mi z wielkim uśmiechem na twarzy: ,,Mamo, mamo bawiłem się dzisiaj z dziećmi w chowanego i w berka,,. Słysząc to, aż mi się płakać chciało.

Nie chciała czekać, aż Pani wychowawczyni przeczyta książkę (zależało mi, aby szybko mąż i moja mama, również ją przeczytali), dlatego zamówiłam jeszcze jedną taką samą i kilka innych. Część z nich nie nadawała się do czytania (nie zawsze więcej znaczy lepiej 😜). Wyczułam, że gdzieniegdzie piszą bzdury. To był luty i nie było jeszcze w Polsce dostępnej książki „Mutyzm wybiórczy. Kompendium wiedzy”, Maggie Johnson i Alison Wintgens. Ona pojawiła się w kwietniu. Oczywiście od razu musiałam ją mieć, dlatego bez wahania ją zamówiłam. Od tamtego czasu praktycznie głównie z niej korzystałam.

Od grudnia 2018 roku próbowałam zaprosić do nas do domu kolegę, z którym M siedział w ławce, ale co byliśmy umówieni to coś mu wypadło. Pod koniec stycznia udało się zorganizować pierwsze spotkanie z innym kolegą z klasy. Już na pierwszym spotkaniu poprzez zabawę, moje „zapominalstwo” uruchomiłam mowę M. Opowiadałam coś koledze, ale wciąż zapominałam, a to imion zabawek, a to nazwy gier itp. M wtedy mi podpowiadał. Najpierw cicho a potem coraz głośniej, aż zaczął rozmawiać w miarę swobodnie. Nie znałam wtedy żadnych technik ale intuicyjnie dałam radę.

Przełomem były urodziny M. Odbyły się w pierwszej połowie lutego, na które zaprosiliśmy 6 osób z klasy. Ogólnie urodziny były bardzo udane. Co prawda M. nie rozmawiał na nich nawet ze mną, ale dobrze się bawił, tak jak i wszyscy inni. Były to urodziny pirackie. Mapa, szukanie zakopanego skarbu, zabawy, przebieranie, piniata w kształcie pirata itp.

Dzieci były bardzo zadowolone i już w następnym tygodniu kolega, który wcześniej nie chciał (nie pasowało mu 😉) do nas przyjść, z chęcią nas odwiedził.  

Na przełomie lutego/marca przyszedł czas na pierwszy ważny krok w walce z MW – ROZMOWA z dzieckiem.

Mimo początkowej niechęci M. i zatykaniu przez niego uszu udało mi się przeprowadzić owocną rozmowę o lękach. Zaczęłam od opowiadaniu o sobie, potem o nim  a następnie o braciach i kolegach. Opowiedziałam jak ja w dzieciństwie bałam się mówić a teraz już tego lęku nie mam. Tłumaczyłam, że KAŻDY człowiek się czegoś boi. Wspomniałam o jego koledze z klasy który bez mamy do nas nie przyjdzie bo się boi. Wymieniłam kilka lęków jego braci. Powiedziałam, że praktycznie każdy lęk można pokonać i ja mu pomogę pokonać lęk przed mówieniem. Potem dałam mu do przeczytania książeczkę „Mutyzm Wybiórczy, czyli o dzieciach, które czasami milczą”. Po przeczytaniu jej, pytał mnie, czy to ja ją napisałam  . Z niej dowiedział się, że nie jest sam, że są inne dzieci, które mają Pana Stracha i że można się go pozbyć całkowicie i na zawsze. Wytłumaczyłam mu, że pomału tak jak tamte dzieci przestanie bać się mówić. Padałam mnóstwo przykładów z życia. Nie tylko lęków. Mniej więcej mówiłam tak: ”Kiedyś nie umiałeś ….. i nie chciałeś tego robić, bo Ci nie wychodziło, a im więcej trenowałeś tym było Ci łatwiej. Teraz zobacz jak Ci świetnie idzie. Kiedyś rozmawiałeś tylko z nami w domu, a teraz rozmawiasz z tym… , z tym.., tam… i tam… Najpierw mówiłeś tam jedno słowo, potem więcej i więcej, aż czułeś się pewniej i przychodziło Ci to łatwiej. Z pokonaniem lęku jest jak z jadą na rowerze. Najpierw się nie umie i zalicza upadki, ale im więcej się trenuje tym upadków jest coraz mniej, aż jedzie się bez nich. Mówienie bez lęku też idzie wytrenować. Nikt nie będzie Cię zmuszał do mówienia. Rozumiem jakie to jest teraz dla Ciebie trudne. Wiem już jak można lęk przed mówieniem pokonać i Ci w tym  pomogę.”

Tą rozmowę będę pamiętać do końca życia. Widziałam tą jego ulgę! Jakby kamień spadł mu z serca. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę to nie ja ta książkę niebieską książeczkę napisałam. Cieszył się, że są inne dzieci, które mają taki lęk jak on i że się go pozbyły. To był nasz duży krok naprzód. Oboje byliśmy bardzo szczęśliwi po tej rozmowie.

W kwietniu, szukając szkoleń trafiłam na grupę Fundacji Mutyzm Wybiórczy Reaktywacja. W Warszawie odbywało się akurat organizowane przez nich szkolenie z Maggie Johnson, na które nie było już szans się zapisać. Na grupie pojawił się post o mapce dzieci z MW. Bez wahania wykorzystałam ją na kolejną rozmowę z synem. Zobaczył, że nie tylko w Polsce są takie dzieci. Od razu zadecydował, że chce się na niej znaleźć.

Od 7.05.2019 do 11.06.2019 ruszała seria webinariów organizowana przez Fundacje. Bardzo dużo się na nich dowiedziałam. Pozwoliło mi to wcześniej przeczytane materiały poukładać w całość. Poczułam, że teraz już wiem co mam robić. Potwierdziło się to, że mogę starać się w PPP o KS a nie tylko opinie.

PPP jednak była innego zdania i KS nie chciała mi wydać. Początkowo nie byli przekonani czy syn ma MW czy nie jest to ZA. Ja byłam pewna. Widziałam syna codziennie, widziałam jak zachowuje się w miejscu bezpiecznym (w domu) a jak w innych. W PPP widzieli tylko moje dziecko pod wpływem silnego lęku. Dodatkowo M był wtedy perfekcjonistą. Mając już odpowiednią wiedzę i widząc niepewność PPP szukałam psychiatry, który zna się na MW. Pojechałam 300 km do psychiatry. Bez problemu na jednej wizycie otrzymałam diagnozę. Wspomniałam pani doktor o podejrzeniach ZA przez PPP, ale ona była zgodna ze mną, że to ewidentnie MW.

Mając w maju diagnozę, PPP „od ręki” mogła mi wydać opinie. O orzeczenie musiałabym dłużej się starać (według nich orzeczenie się nie należało). Poszłam w takim razie do szkoły porozmawiać kolejny raz z dyrektorem. Zapytać czy może być opinia (wcześniej wspominałam mu, że będę miała orzeczenie). Pan dyrektor zapewniał mnie, że opinia wystarczy, że musza na jej podstawie  wywiązać się z zawartych w niej zaleceń. Jak tylko ją przyniosę to  zaczniemy w szkole działać. Do PPP dostarczyłam przykładowe zalecenia stworzone przez Fundację i otrzymałam na początku czerwca bardzo dobrą opinię. Po kserowałam opinię i dołączyłam do niej pakiet dla każdego nauczyciela: „Poradnika nauczyciela” (plus kilka innych krótkich materiałów). Niestety okazało się, że od przyszłego roku będzie zmiana wychowawcy i tak naprawdę w czerwcu nie wybrano koordynatora ani nie wprowadzono sliding in. Wychowawczyni stosowała się na lekcjach do zaleceń oraz dbała o to, żeby mój syn nie stał na każdej przerwie sam.

W maju udało mi się zaprosić do domu dwie koleżanki z klasy. Mutyzm wybiórczy M był już przy nich mocno utrwalony, dlatego przy jednej z nich, miałam ogromny problem, żeby wywołać mowę u M. Nie działało moje „zapominalstwo”, ponieważ dziewczynka nie dawał szans M podpowiedzieć mi, tylko sama szybko odpowiadała. 2,5 godziny „walczyłam”, korzystając z poznanych mi już metod, aż się udało. Było dużo śmiechu i fajnej zabawy. M zaczął przy grze cicho liczyć, ale nie po polsku tylko po angielsku. Robił to coraz głośniej i coraz pewniej. Potem zaczęły padać pierwsze słowa. Na kolejnym spotkaniu było już dużo lepiej. I tak na koniec maja miałam w domu wprowadzone 4 osoby z klasy, które zapraszałam i indywidualnie i w parach. W domu z nimi rozmawiał swobodnie ale poza domem już nie. Jak tylko widział kogokolwiek z klasy na ulicy M sztywniał i nie był w stanie się odezwać. Po jakiś czasie uśmiechał się lub kiwał do nich ręką.

Informowałam indywidualnie rodziców z czym mierzy się M i prosiłam, żeby przekazali swoim dzieciom, że M poza domem jeszcze nie będzie w stanie do nich mówić, nie odpowie im „cześć” i żeby dzieci zrozumiały, że to nie jest jego wybór, że za jakiś czas poza domem będzie z nimi rozmawiał tylko potrzebuje jeszcze czasu.

Odkąd wiedziałam, że muszę pracować w miejscach występowania lęku zaczęłam  chodziłam z dziećmi 3,4 razy w tygodniu do sklepu, chodziłam na place zabaw i stosowałam poznane mi techniki:  5 sekund, metodę trójkąta, stwarzanie okazji do mówienia poprzez komentowanie. Przestałam odpowiadać za dziecko i nie dawałam już  szeptać do ucha. Dla męża nie było problemem nie odpowiadanie już za dziecko, ale bardzo długo oduczał się nawyku nadstawiania ucha .

W czerwcu zapisałam M do podopiecznych fundacji. Najlepsze co może się trafić rodzicom dziecka z MW to właśnie tak wspaniała fundacja. Otrzymałam wsparcie w postaci rozmów indywidualnych i grupowych. To dawało kopa i motywacje do działania.

Wyznaczyłam sobie swoje pierwsze cele:

Cele do końca wakacji:
1) Zdobędę KS
2) M rozmawia za mną tam gdzie aktualnie milczy.
3) Spotkam się w szkole z dyrektorem i nauczycielami celem ustalenia działań od września (wyznaczenie koordynatora itp.).

Cele do końca roku:
1) M w szkole odpowiada na pytanie trzem najlepszym kolegą.
2) M rozmawia na przerwie z bratem.
3) M zgłasza niewerbalnie potrzeby (głównie chodzi o WC)
4) M kupuje w sklepie w mojej obecności.

Cele do końca roku szkolnego:
1) M rozmawia w szkole z 8-10 kolegami z klasy.
2) M rozmawia z najlepszymi kolegami poza domem i szkołą (na placu zabaw/festynie…. ).
3) M robi drobne zakupy w sklepie beze mnie.

 

I tak w wakacje pracowaliśmy nad mową do mnie przy innych. Poszło nam to bardzo fajnie. Jeszcze jak nie wiedziałam, że moje dziecko ma MW i jak powinno się postępować to będąc np. w poczekalni u lekarza siedziałam cicho. Nie zadawała M żadnych pytań bo wiedziałam, że nie odpowie i nie chciałam go dodatkowo stresować. W wakacje gadałam wszędzie ile się da,  dając możliwość włączenia się M do rozmowy. Panie w sklepie penie miały mnie za wariatkę  – wciąż coś gada i się śmieje. To działało. Rozluźnienie atmosfery, śmiech i rozmowa jeszcze przed wejściem do sklepu pomagały w odezwaniu się przy innych. Zauważyła, że jak weszliśmy do sklepu prosto z samochodu, w którym nie było rozmowy to było dużo trudniej M niż jak kontynuowaliśmy jakiś temat. Ogólnie zaczęłam pracować małymi krokami z wszystkimi moimi dziećmi. Małe kroki są takie naturalne. Często je stosujemy a nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Teraz świadomie z nich korzystałam i udawało się osiągnąć nimi naprawdę dużo.

W sierpniu postanowiłam zmienić pracę na mniej wymagającą. Nie mogłam pracować w weekendy i „po godzinach”. Musiałam przewartościować swoje życie. Zmieniłam prace na niższe stanowisko, żeby po 8 godzinach wyjść z pracy i w całości poświęcić czas dzieciom.

We wrześniu, razem z mężem wzięliśmy udział w kolejnej serii webinariów. Byłam z M już na innym etapie, niż gdy brałam w nich udział w maju, więc mimo, że niby to były te same szkolenia to  dowiedziałam się mnóstwa istotnych i potrzebnych rzeczy.

Długo nie mogłam przejść w sklepie z mowy M. do mnie na sprzedawcę dlatego zaczęliśmy codziennie chodzić minimum do jednego sklepu. Czasem był 1, czasem 2 a czasem 3 różne sklepy. Codzienna praca w nich przynosiła lepsze rezultaty.

Zaczął się rok szkolny – II klasa M., z trzema nowymi nauczycielami, w tym z nowym wychowawcą. Pierwsze dwa tygodnie były przeznaczone na obserwacje M. W tym czasie Pani przeprowadziła z klasa bez obecności M rozmowę o lękach. W drugiej połowie września odbyło się spotkanie w szkole z wszystkimi nauczycielami uczącymi M, dyrektorem i Paniami z PPP. Ustaliliśmy jak nauczyciele mają pracować z nim na lekcjach, wyznaczyliśmy koordynatora (wychowawcę/logopedę) oraz plan terapii. Ustaliliśmy na początek spotkania z koordynatorem trzy razy w tygodniu po 15,20 minut po lekcjach. W drugiej połowie września koordynator pracował, na wyznaczonych zajęciach, nad poczuciem bezpieczeństwa i uzyskaniem swobodnej mowy z M (1:1).

Byłam kilka razy w szkole przed lekcjami i to co widziałam mnie przerażało. M był sztywny i pierwsze co robił stawał w takim kącie. Było widać, że jest to jego kąt. Co go z niego wyprowadziłam to i tak za chwile tam stawał. To był straszny dla mnie widok. Ja go dawno w takim stanie nie widziałam.

04.10.2019 r. wzięłam udział w konferencji w Bochni pt. „Mutyzm wybiórczy – Kiedy milczenie nie jest złotem”. Do Bochni mam 500 km, jechałam 10 godzin pociągiem, żeby dowiedzieć się jeszcze więcej o tym jak skutecznie walczyć z MW. Czasem jak czytam na grupie, że ktoś nie może wziąć udziału w jednym, drugim czy trzecim webinarze bo czasu brak, czy godzina nie taka to nie umiem tego zrozumieć.

Od początku października w szkole wprowadzaliśmy dzieci do grona rozmówców metodą małych kroków. Ja przychodziłam codziennie do szkoły na 20 minut przed lekcjami i pracowałam z synem w jego sali a koordynator pracował 3 razy w tygodniu po lekcjach. Początkowo wprowadzaliśmy dzieci, z którymi M rozmawiał poza szkołą (4 dzieci).

Dzieci od razu były w klasie, nie było potrzeby zamkniętych drzwi, uchylonych itp. Dzieci z którymi rozmawiał były sadzane przy stoliki z M. ale ,,nowe,, na drugim końcu sali i stopniowo przybliżane na jednym spotkaniu. Bardzo bałam się stworzenia pierwszej drabiny dla ,,nowej,, osoby. Nie miałam pojęcia jak syn zareaguje. Czy w trakcie przybliżania nie pojawi się szept lub całkiem nie zamilknie. Niby razem z M to ustalaliśmy, ale on sam pewnie nie widział jak to będzie. Wiedziałam, że świat się nie zawali jak będzie za duży krok. Przeproszę, poprawię i pójdziemy dalej, ale jednak stres był.  Z drabiny z jednym dzieckiem korzystałam praktycznie tylko na pierwszym spotkaniu. Na kolejnych od razu siedzieliśmy przy jednej ławce i głównie graliśmy w gry. Na koniec października mieliśmy wprowadzonych 8 osób. Syn swobodnie rozmawiał wtedy nawet w grupie 6/7 osobowej. Na lekcjach z wychowawcą zaczął odpowiadać coraz głośniej i pewniej na krótkie pytania.

Pod koniec października M był u koleżanki z klasy na urodzinach. Syn wrócił zadowolony, niby wszystko fajnie. Opowiedział, że sam z balonów zrobił miecz i pieska itp…. Po jakimś czasie przychodzi smutny (twarz już prawie do płaczu) i mówi: „Mamo ja na tych urodzinach nie rozmawiałem”. Zapaliła mi się czerwona lampka! Hmm. Czy to ja taka presję wywieram, że martwi się, że nie zadowoli mnie, czy sam sobie podniósł poprzeczkę i jest zły na siebie, że mu się nie udało (po ostatnich sukcesach szkolnych gdzie wciąż szedł do przodu). Odpowiedziałam mu, że nie poszedł na urodziny po to żeby rozmawiać, ale po to żeby dobrze się bawić. Wytłumaczyłam, że na urodzinach były tylko 2 osoby, z którymi swobodnie rozmawia a z resztą dzieci nie miał jeszcze okazji rozmawiać sam na sam. Nie da się tak od razu rozmawiać w grupie. W szkole też wprowadzamy dzieci pojedynczo, małymi krokami. I gdyby to były tylko te dzieci, z którymi już rozmawia, byłoby mu dużo łatwiej. Na tamten moment jego strach był na tych urodzinach po prostu za duży. Przyjdzie taki czas, w którym będzie mógł rozmawiać z wszystkimi i wszędzie. M usiadł mi na kolanach, przytulił się i powiedział, że mnie kocha. Przy okazji przypomniałam mu, że w szkole też nie musi mówić tylko dobrze się czuć. Że każdy nauczyciel go rozumie i jeśli nie będzie gotowy nie musi mówić. Że nic złego się nie stanie jak nie odpowie komuś na pytanie. Takie tematy już wcześniej mieliśmy i wydawało mi się, że wszystko wie i rozumie, że nie ma presji na mówienie. A jednak!  Co by było gdyby takich rozmów nie było? Nie przyszedłby do mnie i nie powiedział o tym. Byłby na siebie zły, że nie rozmawiał i dusiłby to w sobie. Odczuwałby to jako swoją porażkę.

W październiku odbyłam rozmowę w PPP w sprawie otrzymania KS. Cały czas trzymali się swojego stanowiska, że dziecko z MW nie spełnia definicji zagrożenia niedostosowaniem społecznym, że nie mogą takiego orzeczenia wydać i że mają  na wydanie zakaz z kuratorium. Według nich dzieci zagrożone niedostosowaniem społecznym to dzieci „zdemoralizowane”, a M taki nie jest. Nie wagaruje, nie pije, nie jest agresywny, nie sprawia problemów wychowawczych. W porozumieniu z PPP napisałam pismo do Kuratorium w sprawie zasadności wydania takiego KS dla dzieci z MW przez poradnie. W piśmie tym wyjaśniłam czym jest MW i jakie mogą być konsekwencje pozostawienia takiego dziecka bez pomocy w szkole. W związku z tym, że w prawie oświatowym nie ma definicji niedostosowania społecznego podałam swój przykład oraz podparłam się wyrokiem sądu.

Od listopada pracę z synem przejęła koordynator, a ja całkowicie wycofałam się ze szkoły. Cały czas zapraszałam do nas do domu kolegów i koleżanki z klasy. Zaczęły przychodzić także dzieci, które nie były umówione. Jednego dnia przyszły dwie dziewczyny J i E (J z klasy mojego młodszego syna i E z klasy M). Nigdy u nas wcześniej ich nie było. M rozmawiał z E na sliding in w szkole ale z J nie miał wcześniej okazji zamienić słowa. Pobawili się z 1,5 godziny i na chwilę dziewczyny poszły do domów. Wróciły z dodatkową osoba: z F bratem J (kolega z klasy M, który nigdy nie chciał do nas przyjść – zapraszałam kilka razy). Nie był jeszcze w szkole wprowadzony. Rozmawiali i bawili się świetnie. Z relacji matki wiem, że F po powrocie do domu był pod wrażeniem, że M jest takim gadułą. Tego samego dnia byłam umówiona z matką innego kolegi z klasy M. Byli u nas też pierwszy raz. M był wprowadzony na sliding w szkole. Matka M. przyszła do nas razem z młodszą córką, z którą M swobodnie rozmawiał. Jednego dnia mieliśmy 3 nowe osoby i mega szczęśliwego syna. To bardzo motywowało nas do dalszej pracy.

NIECH MI JESZCZE RAZ KTOŚ POWIE, ŻE NA SIŁĘ DZIECKU CHCE ZMIENIĆ CHARAKTER! ŻE MOJE DZIECKO JEST INTROWERTYKIEM I NIE POTRZEBUJE DUŻO ZNAJOMYCH, ŻE SĄ LUDZIE KTÓRZY WOLĄ BYĆ SAMI LUB MIEĆ 1 KOLEGE!!! Tak, tak, właśnie takie słowa słyszałam.

Następnego dnia znów przyszli J i F. J została u nas w domu i bawiła się z moimi młodszymi synami, a M poszedł do F. Dobrze się bawili, rozmawiali i się śmieje. Pisała mi jego mama, która była w szoku bo myślała, że M będzie się u nich „wstydził”. Dodatkowo maja psa i M mógł go pogłaskać przez co pokonywał swój lęk przed psami.

Nie wszystko oczywiście szło do przodu. Czasem robił krok w tył. Np. W sklepie już nie było problemów rozmowy ze mną a tu nagle próba szeptu  (chciałam przejść z rozmowy ze mną na sprzedawcę i chyba wywarłam presję). Innego dnia przyjechali do nas goście i przy wujku M bał się mówić itp. W takich sytuacjach się trochę dołowałam, ale szybko brałam się w garść i szukam rozwiązania. Za łatwo by było, gdyby tylko wszystko szło dobrze.

Do grudnia w szkole wprowadzonych było 12 dzieci (w tym rok młodszy brat). Poza zajęciami M. nadal na terenie szkoły z nikim nie rozmawiał. To jeszcze było za wcześnie.  Po szkole syn zaczął wraca do domu z kolegami. Jeśli nie było z nimi osoby, która wcześniej go nie słyszała, to był w stanie odpowiedzieć rówieśnikom na pytania. W grudniu skończyły się w szkole pieniądze na zajęcia z M i nie odbywał się już slidin in. M od tego czasu miał zwykła logopedie z 3 innymi kolegami. Nie było żadnej pracy nad MW. Byłam załamana. Życie pokazało mi, że jednak z KS takie coś nie miałoby miejsca.

Kolejny raz wzięłam udział w webinarze, tym razem nie w całej serii ale jednym dotyczącym „Generalizacji mowy – wszędzie i z każdym”.

W środowisku też pomału szliśmy do przodu. W sklepie zaczął w naszej obecności robić drobne zakupy. Pierwszy raz jak udało mu się odezwać do sprzedawcy to obrócił się do mnie i z uśmiechem i niedowierzaniem zapytał: „powiedziałem to”? Kupował wtedy gumy mamby . Od tego momentu było już z górki. Nie zawsze był w stanie mówić, ale zdarzało się to coraz częściej. Wiadomo jak to w sklepach nie zawsze jest się samemu. Jak jest ktoś jeszcze w kolejce to jest trudniej. Czasami umawialiśmy się, że np. ja powiem lizaka a on powie jaki kolor. Wszystko zależało do jakiego sklepu szliśmy i jaka Pani nas obsługiwała. W  Sylwestra moi dwaj synowie poszli sami do sklepu na zakupy. Jeszcze w listopadzie było to nie do pomyślenia, żeby M (7 lat) poszedłby gdzieś sam bez osoby dorosłej a M (8 MW), żeby poszedł beze mnie na zakupy i odezwał się bezpośrednio do sprzedawczyni. Bardzo długo przecież nie mogliśmy przejść z mowy do mnie i przeze mnie na sprzedawcę. Trwało to 8 miesięcy ale udało się!

W ferie czyli na początku lutego 2020 roku moi dwaj synowie mieli jechać na 5 dniowe zimowisko, orgaznizowane przez firmę, która prowadziła w ich szkole lekcje tańca.  Z ich szkoły jechali tylko oni. Praktycznie znali tam tylko siebie i swoją Panią od tańca. M z nią jeszcze nie rozmawiał. Nie byłam przekonana czy to odpowiedni moment na taki wyjazd, ale moje dzieci bardzo chciały jechać. Miałam 3 tygodnie na wprowadzenie Pani K. do grona rozmówców. Dostała ode mnie orzeczenie, poradnik nauczyciela i kilka najważniejszych wskazówek. To samo wysłałam emailem, zapisując dzieci na ten obóz, żeby każdy z opiekunów się z tym zapoznał. Miałam zagwarantowane, że synowie będą sami w pokoju, żeby w razie czego mogli do mnie zadzwonić, bez obaw, że ich ktoś usłyszy. Pani K. była pierwszą tak bardzo empatyczną osobą, która swój własny prywatny czas poświęciła dla mojego syna i cieszyła się jego postępami. Nie było problemu, żeby zostać po swoich zajęciach tak długo jak tego potrzebowaliśmy, żeby przeprowadzić formalny slidin in. Pierwsza drabinka była bardzo trudna. Widziałam ile wysiłku M wkłada, żeby wykonać te zadania. To tu M pokazał mi, że lepiej (zamiast przybliżać kogoś do niego) jest jak on przybliża się do danej osoby w swoim własnym tempie. Na pierwszym spotkaniu nie zrobiliśmy nic poza drabinką. M był moim zdaniem pod wpływem za dużego lęku. Ja sobie z Panią pożartowała i porozmawiałam, ale jakoś specjalnie nie angażowałam M do rozmowy. Drugie spotkanie i druga drabinka było już znacznie lepsze. Lęk był mniejszy niż poprzednio. Pomiędzy zadaniami dużo się śmialiśmy, Pani K super współpracowała i padło trochę słów z ust M poza zadaniami. Trzecie spotkanie było już mega fajne. Drabinka luzik, pomiędzy sam coś komentował. Był w stanie rozmawiać z Panią. Nie była to pełna swoboda, ale było zadawalająco. Jak staliśmy później na dworze i ja z Panią rozmawiałyśmy to M wtrącał nam się w rozmowę. Poczułam ulgę, wiedziałam, że w razie czego Pani będzie jego wsparciem na tym obozie. Nawet jeśli przy innych nie będzie w stanie komunikować się z nią werbalnie to na osobności da radę. Cały czas byłam przekonana, że opiekunem grupy będzie jakaś Pani. Przyjeżdżamy na miejsce a tu okazuje się, że akurat ich grupą zajmuje się „wujek” a nie „ciocia” . Pierwszy dzień dla M był najtrudniejszy. Pod wpływem emocji wieczorem bolała go głowa. Trzeciego dnia dostałam taką wiadomość: „Witam serdecznie. Przepraszam, że tak późno piszę, ale dopiero zakończyła się ostatnia dyskoteka. Pisze do Pani, ponieważ jestem bardzo dumna z M. Bardzo dobrze się odnajduje w grupie (oczywiście nie licząc dnia pierwszego). Od drugiego dnia zaczął powoli rozmawiać z Panem Mateuszem i dużo się uśmiechał. Dziś Pan Mateusz wpadł do mojego pokoju ze łzami radości w oczach, bo M powiedział mu dobranoc. Naprawdę się wszyscy cieszymy”. Byłam bardzo szczęśliwa. Jak ich odbierałam to porozmawiałam z kilkoma opiekunami i oni mimo, że mieli swoje grupy, byli mega zaangażowani i cieszyli się z sukcesów M.

Wracając z tego obozu M chciał wstąpić po coś do sklepu, w którym wcześniej jeszcze nie był w stanie mówić do sprzedawcy. Poszłam z nim, kupił i wyszedł przeszczęśliwy. Tak to dział, sukces rodzi kolejny sukces. Im jest ich więcej tym dziecko jest pewniejsze i próbuje osiągnąć kolejny mały cel. Dlatego bardzo ważna jest systematyka. Wtedy codziennie mózg przyzwyczaja się do tych sytuacji i łatwiej być „na fali” i pokonywać lęki.

W połowie lutego wyprawialiśmy M (9MW) urodziny dla kolegów i koleżanek. Łącznie było 14 dzieciaków (w tym moja trójca i kuzynka). Imprezka była mega udana. Pełna swoboda i mowa do wszystkich od samego początku. Pierwszy raz w życiu mogłam oglądać moje dziecko będące SOBĄ w tak dużej grupie. Serce się radowało! Rok wcześniej była mniejsza grupa i milczenie przez całe urodziny. Mogłam się cieszyć owocami rocznej naszej intensywnej pracy.

W związku z tym, że w szkole nie odbywał się już sliding in postanowiłam znów wejść do szkoły i przejąć role koordynatora. Chodziłam codziennie przed lekcjami na 20 minut. Wprowadziłam trochę nowych osób, również z poza klasy M. Głównie polegało to na graniu w gry, w których trzeba mówić. Dzieciom bardzo się podobało i czasami musiałam wybierać kto może wejść dziś, a kto nie. Zaczęliśmy też pracować przy otwartych drzwiach. Do póki wchodziły dzieci z 2 lub 1 klasy było ok. Jak wchodzili starsi M milkł i musiałam ich wypraszać i zamykałam drzwi. Czasami miałam 18 dzieci i wtedy dzieliłam dzieci na 3 grupy. Wychodziłam również na trochę z sali, żeby dać M swobodę i nie uzależnić go od siebie.

Po szkole M zaczął z kolegami i koleżankami wchodzić do sklepu i kupować coś. Wcześniej jak oni szli do sklepu to zazwyczaj szedł do domu lub czekał na nich przed sklepem. Zauważyłam też duże postępy w pracy nad perfekcjonizmem. Przestał zastanawiać się, czy takie zdanie może być, czy ten kolor mogę użyć itp. Zeszyt rok wcześniej był piękny, wszystko równo, starannie, nie mogło być nic skreślone a teraz ma NORMALNY zeszyt  i ja bardzo się z tego cieszyłam. Jaki inny rodzic mnie zrozumie jak nie Wy? Nie było spiny jak jechaliśmy spóźnieni na trening piłki nożnej. Pokazwyał mi jak tańczy i uczy mnie kroków. To tak w skrócie, nie da się wszystkiego opisać. Wszystko moim zdanie wiązało się z pokonywanie lęku przed mówieniem i mniejszą obawa przed błędem, porażką.

Wszystko szło naprawdę świetnie! Byłam przekonana, że do czerwca M spokojnie będzie rozmawiał z wszystkimi kolegami z klasy i przeniesiemy mowę poza salę ale…. 7.03.2020 – zamknięcie szkół – COVID. Byłam załamana. Nie widziałam co będzie z tym „całym wirusem” i co będzie z M po długiej przerwie siedzenia w zamknięciu.

W maju złożyłam wniosek o KS. Wiedziałam, że orzeczenie jest mi potrzebne i tym razem nie odpuszczę i na pewno nie wycofam wniosku. Wysłałam poradni listę PPP, które wydały KS dzieciom z MW. Zgłosiłam poradnie do otrzymania od Fundacji pakietu. Wysłałam artykuł Alicji Pałac-Nożewskiej z biuletynu PWN dotyczący KS i pojęcia socjoterapii. Byłam na kilku rozmowach, na których cały czas dostawałam informacje, że KS nie dostanę. Kosztowało mnie to dużo stresu i nerwów, ale suma sumarem na koniec czerwca otrzymałam piękne KS! Muszę przyznać, że moja PPP daje naprawdę dobre opinie i orzeczenia.

Po zamknięciu szkół, lekcje polegały na odrabianiu w domu zadanych zadań i odsyłaniu ich nauczycielowi. Nie łączyli się zdalnie z nauczycielami.

W maju po ponad dwu miesięcznym siedzeniu w domu zaczęłam wychodzić z dziećmi do sklepów i placów zabaw. Zaczęłam intensywną pracę w środowisku, która trwała całe wakacje. Codziennie dzieci musiały mieć kontakt z rówieśnikami. Część dzieci zapraszałam do nas do domu, a cześć dzieci spotykaliśmy w terenie. Chcąc nie chcąc bawiłam się z nimi. Stara baba, bez kondycji, biegała z dziećmi na palcu zabaw i bawiła się w różne dziwne zabawy. Chodziłam do „bazy” zbudowanej przez dzieci i wprowadzałam nowe dzieciaki do grona rozmówców. Nie jestem w stanie wszystkiego opisać dlatego skopiuje jeden z moich post z grupy „podopiecznych fundacji” z 30.05.2020 r.:

„Praca z dzieckiem z MW nie jest nudna i monotonna. Nieraz jest to ekstra zabawa a czasami robienie rzeczy, których nigdy by się nie zrobiło (nie było by okazji). O to co dziś musiałam/chciałam wziąć na ręce: jaszczurkę. W życiu mi to przez myśl nie przeszło, że będą łazić po „śmieciach” i szukać ślimaków, jaszczurek a tym bardziej brać je na ręce. Pierwsza moja reakcja gdy kolega moich dzieci poprosił mnie żebym mu ją potrzymała: „Ja? Żartujesz? W życiu!”. Jak ja nie chciałam, to zapytał M czy mu potrzyma. On widząc, że ja mam obawy też nie chciał jej wziąć. No to pomyślałam, że skoro G ją nosi i nic mu nie zrobiła, to chyba groźna nie jest. Zgodziłam się. Potem dałam ją potrzymać M a mój młodszy syn M się bał, więc tylko pogłaskał.

Od kilku dni dzieci chodzą z dwójką swoich znajomych bawić się „na górkach” – mają tam swoją bazę. Zaczęło się od tego, że szliśmy rodzinnie na spacer i zabrała nas tam koleżanka z klasy M. Był tam kolega mojego młodszego syna (z którym M rozmawia) i jeden „nowy” chłopiec. Praktycznie od początku była głośna mowa i wspólna zabawa. My z mężem się wycofaliśmy, żeby mogli się sami pobawić. Wszystko było super. Ja mega zadowolona, że mamy nowa osobę, przy której M czuje się swobodnie i nie boi się mówić. Następnego dnia dzieci poszły tam same. Miała tam już na nich czekać koleżanka. Jak odbierałam dzieci to okazało się, że M przez 1,5 godziny milczał z powodu tego „nowego” chłopca. Po mojej analizie doszłam do wniosku, że M mógł się go tam nie spodziewać i F mógł zacząć zadawać mu pytania na początku i go zablokować. Zostałam chwilę, żeby znów wywołać mowę u syna. Oczywiście padło też pytanie przez F: dlaczego on dzisiaj nic nie mówi? Wytłumaczyłam chłopcu, że M czasami potrzebuje więcej czasu itp. Trochę się nagimnastykowałam, żeby M zaczął coś mówić, ale ślimaczki mi pomogły. Było wesoło, była mowa ale to jeszcze nie było to co dzień wcześniej . Dziś byliśmy w bazie pierwsi. Potem zjawili się koledzy i powoli rozkręciłam M. Po około godzinie poszłam do domu (nie byłam tam, aż tak długo potrzebna ale fajnie tam było i chciałam żeby mój niespełna 4 latek też się z nimi pobawił – a samego go tam jeszcze nie zostawię). Po około godzinie byłam po nich na obiad i było ok. Po obiedzie poszli znów. Odbierałam ich wieczorem i nie było już F. Spotkaliśmy go na drodze. M normalnie z nim rozmawiał (a różnie to bywa jak spotykamy kogoś znajomego na ulicy) więc wydaje mi się że już nie będę mu tam potrzebna… No chyba, że pojawią się w bazie nowe osoby, których M nie zna. Wtedy znów wkroczę do akcji.

PS w bazie można kupić kwiatki za cukierki. Jak ktoś byłby chętny to zapraszamy”.

W wakacje było dużo takich różnych fajnych sytuacji. Chłopaki w sierpniu znów pojechali na 5 dniowy obóz, w to samo miejsce w które byli w ferie.

W sierpniu wzięłam udział w webinarze „Mutyzm wybiórczy w teorii i praktyce” a we wrześniu w „Tworzenie dokumentacji dla dziecka posiadającego KS – rola rodzica, nauczyciela i specjalisty”.

Na początku września odbyło się spotkanie zespołu uczącego M. Miałam nadzieje, że wspólnie stworzymy IPET, wybierzemy koordynatora, który dostanie 2 godziny socjoterapii na prace małymi krokami. Niestety nie było mowy, żeby tą socjoterapie prowadził „zwykły” nauczyciel, a nie było w szkole socjoterapeuty, wiec nie było tych zajęć. Koordynatorem nadal była Pani wychowawczyni, która (3 razy w tyg. po 15 minut) przed lekcjami pracowała z M i kolegami z klasy. Nie miał kto i kiedy wyjść z M generalizować mowę poza sale oraz wprowadzać nauczycieli i innych pracowników szkoły.

Przy walce z MW często miewałam chwilę słabości i zwątpienia. Przeważnie były to kilku dniowe załamania ale wtedy przyszedł mój pierwszy poważny kryzys. W pewnym momencie całkowicie spasowałam. Pomyślałam, że mam dość! Nie robię już nic. Niech się dzieje co chce. Odpuściłam szkołę i jakąkolwiek pracę. Nie zapraszałam kolegów i nigdzie z dziećmi nie wychodziłam. Nawet sklepy poszły u mnie w odstawkę (do sklepów mąż brał dzieci). Chyba potrzebowałam tego odpoczynku. Musiałam odsapnąć od życia w ciągłym biegu. Nie wiem ile to trwało (chyba około 3 tyg). Przychodziły mi różne głupie myśli. Nie widziałam szans na całkowite pokonanie MW przez moje dziecko (M zaraz będzie miał 10 lat a jesteśmy w takim a nie innym miejscu) . I wtedy pomyślałam, że skoro nie umiem dzieciom pomóc, to jestem beznadziejna matką i nie powinnam w ogóle mieć dzieci. Że z silniejsza matką mieli by lepsze życie. Oczywiście to nie prawda! „Idealny rodzic nie istnieje”. Jeśli ktoś z Was ma czasem tak jak ja miałam to znak, że czas trochę zwolnić. Jak na jakiś czas odpuścimy to świat się nie zawali. Nie można być na maksymalnych obrotach przez cały czas.

Pod koniec października złapaliśmy covida i byliśmy ponad 3 tygodnie na kwarantannie. W trakcie siedzenia w domu rozmawialiśmy z rodziną przez Messenger (nawet urodziny średniego syna tak się odbyły ).

W listopadzie zamknięto szkoły i dzieci przechodziły na naukę zdalną. W tym roku szkolnym już dzieci miały normalnie lekcje online. M bardzo dobrze sobie radził. Początkowo czasem musiałam mu w czymś pomóc, ale nie było dużo takich sytuacji. Pod koniec listopada zaczęliśmy znów chodzić do sklepów. Nie zauważyłam żadnych zmian, nie było regresu. Mimo pandemii zaczęłam znów zapraszać do nas dzieci. Byliśmy po chorobie więc ludzie chyba się nas nie bali :P.

Umówiłam się z Panią od j. angielskiego, że przyjedzie do nas i wprowadzę ją do grona rozmówców. Pani A. miała przyjechać ze swoim synem. Ustaliliśmy, że najpierw ona zostanie na dole a ja u góry wprowadzę nieformalnie jej syna (z dziećmi idzie łatwiej) a potem z nią zrobię drabinkę.  Z jej synem poszło gładko, zaprosiliśmy Panią do góry i po chwili nieformalnie udało się i ja wprowadzić. Drabina okazała się niepotrzebna. Po kilku dniach pojechaliśmy do niej. Od samego początku M rozmawiał z nią i jej  synem swobodnie. Spotykaliśmy ją na treningach piłki nożnej i tam też był w stanie odpowiadać jej na pytania, był w miarę swobody, ale w szkole czy na zdalnych lekcjach nadal był problem. Klasy I-III po feriach wracały do szkoły i minęło trochę czasu zanim zaczął w szkole Pani A odpowiadać. Nie mówienie z nią w szkole było mocno utrwalone. Po raz kolejny można było zauważyć jak ta praca w szkole jest potrzebna. Dzięki temu, że w szkole były tylko klasy I-III i jeszcze każda klasa była od siebie oddalona, M zaczął rozmawiać na przerwach z kolegami.

Po szkole moje chłopaki chodziły na sanki, górki, pod bloki bawić się z dziećmi. Coraz rzadziej musiałam zapraszać dzieci do nas. Albo ze szkoły wracali 4 godziny, albo przychodzili tylko po to żeby rzucić plecaki i „iść w długą”. Wiosną coraz więcej dzieci pojawiało się u nas na podwórku. Coraz częściej zjawiały się nowe osoby, z którymi wcześniej M nie rozmawiał i sam radził sobie z generalizacją mowy. Zaczynał z nimi rozmawiać bez niczyjej pomocy. W większości przypadków w gronie dzieci przestałam być potrzebna.

W maju po nieudanych wcześnie próbach wprowadzenia nieformalnie nauczyciela gry na trąbce postanowiłam znów zastosować: niezawodną drabinkę.  Pan S teoretycznie robił wszystko idealnie, nie wywierał presji, żartował, zadawał pytania na które M mógł odpowiedzieć niewerbalnie. Ja stosowałam znane mi techniki a mimo wszystko nie byłam w stanie wywołać mowy M. Dawno nie miałam już takiego problemu. Ustaliliśmy z M, że zrobimy na następnych zajęciach drabinę. To był strzał w dziesiątkę. Zrobiliśmy prostą na niskim obciążeniu komunikacyjnym. Na końcu zagraliśmy w Dobble. Już przy grze było na prawdę fajnie i swobodnie. Po drabince normalnie przystąpili do nauki gry. M odpowiadał na każde pytanie (nie tylko związane z nauką gry), zadawał pytania i… Jak Pan kazał mu coś zagrać potrafił zakomunikować, że potrzebuję teraz przerwę. Cieszyłam się bo to już przecież łatwe nie jest. Na kolejnych zajęciach od wejścia była pełna swoboda i mowa. Na tym poziomie, na którym M obecnie jest wystarczy, że zacznie z kimś rozmawiać a lęk jakby znika.

Od maja w szkole wreszcie mieliśmy socjoterapeutkę. Na drugim ich spotkaniu wprowadziłam ją również za pomocą drabinki.

Zbliżał się czas komunii świętej. Nie miałam pojęcia jak to będzie ze spowiedzią. Ksiądz nie dopuszczał innej spowiedzi niż werbalna. Porozmawiałam z księdzem i umówiłam się, że przyjdzie w jakiś dzień do nas żeby ułatwić M mowę do niego. Spotkanie u nas nie doszło do skutku, ale po jednym spotkaniu komunijnym zostaliśmy w kościele i tam zrobiliśmy slidin in. Coś w formie drabinki wymyślane na poczekaniu. M podczas zadań zbliżał się do księdza. Jak już byli obok siebie zrobili próbną spowiedź (sama regułka bez grzechów). Wiedziałam, że M da rade się wyspowiadać ale zdjęłam presję i powiedziałam mu, że jeśli będzie to za trudne to załatwimy spowiedź inaczej (np. da grzechy na kartce). Myślę, że gdyby M nie dał faktycznie rady wyspowiadać się werbalnie to przekonałabym księdza do innej formy spowiedzi. Na pewno nie robiłabym nic na siłę, a nie mógłby ksiądz z tego powodu nie dopuścić M do komunii.

Pod koniec roku szkolnego M w szkole był bardzo swobodny. Byli na wycieczce szkolnej, na której rozmawiał z dziećmi, dzwonił do mnie przez mesengera i rozmawiał na głośnomówiącym przy innych, nagrywał filmiki opowiadając co robią i zadając innym pytania. Jeszcze jakiś czas temu nie do pomyślenia.

W wakacje codziennie M bawił się z dziećmi. Częściowo byli u nas a częściowo gdzieś indziej. Początkowo było fajnie jak całe brygady dzieci były na naszym podwórku, ale po jakimś czasie zrobiło się to męczące 😊. Od sierpnia jak ktoś przychodzi to czasami wysyłałam wszystkich w teren.

Było w wakacje kilka imprez na których M zachowywał się jakby nie miał MW. Bawił się, rozmawiał z wszystkimi – nie ważne czy znał te osoby czy nie. To mnie bardzo cieszy. Im więcej takich sytuacji tym jesteśmy bliżej exMW.

W tym roku bez problemu dostałam z PPP KS.  Pod koniec sierpnia miałam spotkanie z wszystkimi nauczycielami, którzy będą uczyć M.  M zaczynał klasę IV, gdzie prawie wszyscy nauczyciele byli nowi. Byłam bardzo mile zaskoczona pozytywnym nastawieniem nauczycieli i chęci spotkania ze mną i M jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. W ciągu kilku dni 8 nauczycieli zostało wprowadzonych. Spotkania trwały od 30 do 60 minut.

Na koniec września. M rozmawiał z kolegami w szkole. Zgłasza się na lekcjach, jest aktywny. Był już u odpowiedzi ustnej. Zanosi się bardzo dobrze. Pani koordynator w tym roku powprowadza innych pracowników szkoły (m.in. panią pedagog, higienistkę itp.) oraz zajmie się generalizacją mowy na terenie całej szkoły.

A ja będę działać nadal w środowisku. Jest jeszcze co robić ale przychodzi to już łatwiej. Nie kosztuje mnie to tyle energii co wcześniej. Jest mniej regresów, mniej milczących sytuacji co nie znaczy ze już się nie zdarzają. Np. w zeszłym tygodniu zostawiłam M sam na sam z „nowym” panem (miał zastępstwo) z którym miał zajęcia z gry na trąbce. Chciałam zobaczyć czy bez mojej pomocy będzie z nim rozmawiać. Niestety nie. Jeszcze było za wcześnie. Jak weszłam na koniec lekcji to komunikował się niewerbalnie. Na pierwsze moje pytanie odpowiadał, również niewerbalnie ale na 2 inne mi odpowiedział. Ogólnie zauważam, że z mężczyznami jest mu trudniej niż z kobietami. Teraz już tego Pana mamy „ogarniętego” 😊.

Mam wyznaczone cele do końca tego roku i do końca roku szkolnego. Trzymajcie kciuki, żeby nic nam nie przeszkodziło w ich realizacji 

Mama M (10 MW)