Mam 20 lat i jestem dorosłą osobą z mutyzmem wybiórczym. Zaburzenie to nie polega, tak jak to niektórzy sądzą, na niechęci do mówienia i komunikacji z innymi ludźmi – zaburzenie to polega na NIEMOŻNOŚCI mówienia i komunikacji z innymi ludźmi. Można powiedzieć, że to rodzaj psychicznej blokady, trudnej i w niektórych sytuacjach niemożliwej do przeskoczenia.

Wiem, że mutyzm wybiórczy jest w dzisiejszych czasach problemem coraz częściej diagnozowanym i świadomość w społeczeństwie systematycznie wzrasta, jednak w dalszym ciągu wiele w ludziach niezrozumienia i błędnych interpretacji – niestety, zwłaszcza wśród tak zwanych specjalistów, czyli osób pracujących na stanowiskach nauczycieli, pedagogów, psychologów czy psychoterapeutów. I właśnie między innymi o tym i o konsekwencjach tego niezrozumienia będzie ta opowieść.

Mutyzm wybiórczy zdiagnozowano u mnie bardzo dawno – na tyle dawno, że nawet tego nie pamiętam. Pamiętam za to, że od zawsze w moim życiu istniał lęk. Lęk przed na pozór prozaicznymi, zwykłymi sytuacjami, które w innych dzieciach mogły wzbudzić co najwyżej lekki dyskomfort i zaniepokojenie. Łatwo sobie więc wyobrazić co działo się z takim dzieckiem jak ja, kiedy musiałam
„wejść” w grupę rówieśniczą.

Pierwsze podejście – przedszkole. Brak miejsc w tej placówce spowodował, że trafiłam do grupy dzieci starszych ode mnie o rok. To co pamiętam z tamtego okresu to przepłakane poranki i cała droga z domu do przedszkola, wieczory przepełnione lękiem o następny dzień i to, jak nie chciałam zasnąć, chciałam jak najbardziej przedłużyć wieczór, byleby tylko nie musieć obudzić się następnego dnia i iść do tego okropnego dla mnie w tamtym momencie miejsca. Sama do końca nie rozumiem czemu tak było, nie pamiętam dlaczego aż tak bardzo się bałam, jednak skoro 5 letnie dziecko, jeszcze mało refleksyjna istota, reaguje na coś tak dużym lękiem, na pewno sytuacja nie jest jakimś wymysłem czy próbą manipulacji. A takie opinie właśnie  słyszeli moi rodzice, którzy postanowili z problemem udać się do SPECJALISTÓW, osób z wykształceniem psychologicznym bądź medycznym. Następna była zerówka – brak poprawy, takie same problemy z adaptacją. Pamiętam z tamtego czasu, że odzywałam się do niektórych dzieci i do pani prowadzącej grupę zerówkową. Z perspektywy czasu uważam, że znajdowałam się wtedy w okresie, kiedy można było coś zrobić – byłam cicha i nieśmiała (w bardzo dużym, już na pewno zakrawającym na patologiczny, sposób).

Myślę, że ta zerówka była też w pewnym sensie przełomem, w złym tego słowa znaczeniu, regresem wręcz. Zaczęły się wtedy szykany ze strony rówieśników, zamykanie w toalecie, naśmiewanie się, mazanie po moich rysunkach (podobno całkiem ładnie rysowałam, ale z braku wiary w siebie zaprzestałam tej formy aktywności , teraz nienawidzę rysować i wykonywać wszelkich prac manualnych i artystycznych). Zerówka była więc okresem dla mnie przykrym i rozczarowującym pod względem społecznym i towarzyskim. Pani nie radziła sobie z grupą kompletnie, codziennością były bójki i wyzywanie się, więc raczej nie były to dobre warunki dla tak nadwrażliwego dziecka jak ja.

Do podstawówki poszłam już integracyjnej, jako dziecko z orzeczeniem o specjalnych potrzebach. Te 6 lat wspominam całkiem sympatycznie, myślę, że to był chyby dotychczas najlepszy okres w moim życiu. Niestety regres zerówkowy posunął się do tego stopnia, że przestałam rozmawiać z kimkolwiek. Do nauczycieli i chłopców nie odezwałam ani razu przez te lata, do koleżanek zaczęłam odzywać się stopniowo od mniej więcej drugiej klasy. W podstawówce podobało mi się, ponieważ mimo moich problemów nie spotykałam się ze znaczącymi przykrościami, odwiedzałam koleżanki w domu, koleżanki odwiedzały mnie, jeździłam na wycieczki z moją klasą, ćwiczyłam na wf-ie, w piątej klasie zapisałam się nawet na zajęcia sportowe z tenisa, chodziłam na „dyskoteki” szkolne słowem, nie nudziłam się. Mimo mojej odmienności i tego, że na terenie szkoły mówiłam tylko do niektórych osób, podejmowałam się przeróżnych aktywności i aktywnie uczestniczyłam w życiu szkoły. Oczywiście nie było całkowicie różowo – miałam praktycznie zerowy kontakt z chłopakami, zdarzało się, ze z tego powodu naśmiewali się ze mnie, nie zapraszali mnie na urodziny, na które zapraszana była cała klasa. Element odrzucenia niestety był obecny na każdym etapie mojego szkolnego życia i nawet rozmowy wychowawczyni z całą klasą nie zawsze przynosiły efekt. Jedynym zastrzeżeniem jakie mogłabym skierować do władz szkoły, było odebranie mi rewalidacji z panią pedagog, która myślę, że była dobrą rzeczą i w dłuższej perspektywie mogłaby być pomocna . Tłumaczenie? Brak pieniędzy. No cóż, bywa i tak.

Podstawówkę skończyłam z dobrym świadectwem, zawsze dobrze się uczyłam i nie zaniedbywałam swoich obowiązków szkolnych. W miarę jak stopniowo zbliżał się koniec tego etapu edukacyjnego, w mojej głowie narodził się pomysł wystartowania w gimnazjum z kompletnie „czystą kartą” – mówiąc krótko, przychodzę tam i odzywam się do wszystkich. Wsparcie pani psycholog, która towarzyszyła mi od czasu mojego życia przedszkolnego, wsparcie rodziców oraz ogromne samozaparcie, pozwoliło mi na dostanie się do jednego z lepszych gimnazjów w moim mieście i, zgodnie z moim planem, rozpoczęcie „normalnego” życia. Tutaj historia mogłaby się skończyć szczęśliwie, mogłabym napisać, że od tego czasu funkcjonuję jak zdrowy człowiek, poznałam mnóstwo sympatycznych i dobrych ludzi, którzy przywrócili mi wiarę w moich rówieśników, a teraz studiuję medycynę i zamierzam zostać psychiatrą dziecięcym. W głębi duszy zawsze marzyłam o takim rozwoju wydarzeń, ale jak zawsze życie pokazało, że ma na mnie inne plany.  gromny stres związany z tak wielką zmianą można powiedzieć, że mnie powalił – rozpoczął się dla mnie jeden z najgorszych koszmarów trwających niestety po dziś dzień – zaburzenia obsesyjno – komplusywne (OCD). Na początku związane z powtarzaniem pewnych zdań, albo słów po kilka razy w rozmowie z innymi ludźmi, potem rytuały trwające czasem nawet do godziny albo więcej i w końcu natrętne, nawracające ciągle myśli. W związku z tym, że trafiłam do bardzo ambitnego gimnazjum, przestałam sobie radzić z nauką, większość czasu zajmowały mi moje obsesje i kompulsje.

Szkoła zamiast wykazać się wsparciem w trudnej sytuacji, potrafiła tylko egzekwować obecności i karać za zbyt dużo opuszczonych godzin (mimo, że usprawiedliwionych). W drugiej klasie stwierdziłam, ze mam dość – przeniosłam się do małego, społecznego gimnazjum. W klasie miałam tylko 14 osób, wiec atmosfera była bardzo kameralna, a wymagania nie wygórowane pod sufit. Skończyłam drugą klasę, jednak odkryłam, że to dalej nie jest to zdrowienie o jakim myślałam cały czas. Nerwica natręctw nie odpuszczała, fobia społeczna utrudniała kontakty z ludźmi, którzy znali się ze sobą w niektórych przypadkach nawet od przedszkola.

Kryzys nastąpił w wakacje na przełomie drugiej i trzeciej klasy gimnazjum. Pozostawałam wtedy w leczeniu psychiatrycznym z powodu OCD, brałam leki psychotropowe. Rozpoczęły się niestety u mnie stany depresyjne, pamiętam, ze te wakacje prawie całe przespałam w łóżku, nie miałam ochoty na żadną aktywność, a moje życie towarzyskie niestety pozostawiało wiele do życzenia. Do trzeciej klasy poszłam już z mniejszą chęcią, przykre objawy nie ustępowały i rozpoczęło się moje opuszczanie zajęć. Byłam wtedy w kiepskim stanie psychicznym i szczerze mówiąc w głębi duszy marzyłam o tym, żeby ktoś mnie zrozumiał i pomógł mi wydostać się z lekkiego dołka w jakim się znalazłam. Nie podejmowałam się żadnej manipulacji, nie byłam leniem, po prostu potrzebowałam kogoś, kto okazał by mi wsparcie. Nie mogłam na nie liczyć ani ze strony pani dyrektor, która widząc moje nieobecności, nie zainteresowała się ich powodem ani trochę, tylko od razu wykonała telefon do  mojej mamy, grożąc jej przekroczeniem 50 procentowej nieobecności i powtarzaniem przeze mnie klasy. Klasa również się nie popisała – kiedyś usłyszałam nawet komentarz powiedziany niby pod nosem, że „poprzewracało mi się w głowie” i nie chodzę do szkoły. Ja naprawdę chciałam być jak oni wszyscy – nie mieć problemów z samą sobą, codziennie chodzić na zajęcia, uczyć się i zajmować się życiem jakie powinna prowadzić młodzież w moim wieku.

W tym okresie wyklarował się pomysł o nauczaniu indywidualnym. Wydaje mi się, że na ten moment to była jedyna opcja, żebym mogła spokojnie i bez problemów zaliczyć trzecią klasę, napisać egzamin i dostać się do jakiegoś liceum. Nauczanie indywidualne dostałam, ale nie bez problemów, które robiła głównie pani dyrektor. Sugerowała ona przeniesienie mnie do innej szkoły, widać, że nie chciała mieć w swojej idealnej, rodzinnej placówce kogoś takiego jak ja. Zdaję sobie sprawę, ze może nauczanie indywidualne to nie było idealne rozwiązanie z perspektywy uspołeczniania, ale dla mnie to był bardzo dobry okres. Mogłam skupić się na bezstresowej nauce, zaliczyłam wszystkie przedmioty na dobre i bardzo dobre oceny.

Egzamin gimnazjalny nie poszedł mi tak jak sobie tego życzyłam. Napisałam go poniżej moich zdolności i możliwości, ponieważ zawirowania związane z załatwianiem nauczania indywidualnego i utrudnienia ze strony dyrektorki spowodowały, że zaczęłam się do niego przygotowywać na jakieś 2 miesiące przed, co w porównaniu z pracą jaką wykonali moi rówieśnicy w klasie, było niczym. Ostatnią przykrą sytuacją, która wyniknęła ze strony nauczycieli i uczniów tej szkoły, a którą opiszę, bo pokazuje, jak łatwo kogoś skrzywdzić i wykluczyć z grupy, było pożegnanie trzecioklasistów na zakończeniu roku szkolnego. Przygotowano w związku z tym prezentację, która zawierała zdjęcia uczniów mojej klasy. Wszystkich uczniów, oprócz mnie. Pamiętam, że wyszłam z zakończenia może nie ze łzami w oczach, ale z ogromnym smutkiem i poczuciem społecznego wykluczenia.

Dostałam się dobrego liceum. Z pierwszej dziesiątki. Brak problemów z nauką, ale w dalszym ciągu ogromne kłopoty społeczne, kłopoty z wejściem w środowisko uczniów. Do tego ciągłe borykanie się z nerwicą natręctw. Skończyło się po raz kolejny na nauczaniu indywidualnym. Nie chciałam tego. Chciałam być normalna, chodzić na imprezy, mieć koleżanki i kolegów, ale z drugiej strony chciałam się też uczyć. Nigdy nie miałam znaczących problemów z nauką, aczkolwiek obsesyjne myśli często utrudniały mi skupienie się. Skończyłam pierwszą klasę, nauczyciele chwalili mnie za wyniki w nauce, a ja
starałam się w miarę możliwości zdrowotnych nie opuszczać zajęć. Był to też czas kiedy mimo „wyjścia” z otoczenia klasowego, poprawiała się moja sytuacja społeczna. Ogromnie pomogły mi w tym koleżanki z podstawówki, a zwłaszcza jedna przyjaciółka. Co prawda było mi wstyd, że to one zawsze zabierają mnie do swoich znajomych, a ja je nigdy do swoich (ponieważ ich nie miałam), ale był to czas kiedy odkryłam bardzo ważną prawdę o sobie. Mutyzm wybiórczy to NIE JESTEM JA. Moja prawdziwa twarz to dziewczyna, która uwielbia się śmiać, rozmawiać i żartować. Odkryłam, że w sprzyjających bezpiecznych dla mnie warunkach, w otoczeniu znanych mi koleżanek potrafię nawiązywać znajomości z ludźmi, a ci ludzie wyglądają na takich, którzy mogliby mnie polubić. Oczywiście dalej podkreślam – nie było wtedy szans i raczej nie będzie ich nigdy na to, żebym była duszą towarzystwa.

Zawsze pojawiał się lek przed ocenianiem, przed wystąpieniami przed dużą grupą ludzi. Ten lekki przełom społeczny, który nastąpił w wakacje przed drugą lasa liceum dał mi trochę wiary we własne możliwości i przez chwilę myślałam, że może w przyszłym roku będzie lepiej.  Zderzenie z rzeczywistością w drugiej klasie liceum było chyba jak do tej pory najboleśniejsze. Jeszcze w pierwszej klasie oznajmiono mi, ze nauczania indywidualnego już nigdy nie dostanę, nie ma na to pieniędzy. Oprócz tego zaproponowano mi leczenie w szpitalu psychiatrycznym na oddziale dziennym, gdzie mogłabym uczęszczać do tamtejszej szkoły. Nie podobała mi się taka perspektywa. Po pierwsze z jakiej racji chcieli skierować do szpitala psychiatrycznego osobę taką jak ja? Ostatnie czego potrzebowałam to stygmatyzacji i piętna w postaci psychiatryka. Po drugie, takie miejsce zrzesza wiele osób z różnymi problemami. Nie ma podziału, wszyscy są wymieszani. Chyba ostatnia rzecz na jaką wtedy miałam ochotę, było obcowanie z agresywnymi, psychotycznymi osobami, które mogłyby mi w pewnym stopniu zagrażać (nawet psychiatra z oddziału dziennego nie była mi w stanie zapewnić, że nie trafię na takie osoby).

W drugiej klasie liceum podjęłam decyzję o przeniesieniu do gorszego liceum. Bałam się presji na naukę, bałam się dwuzmianowości, lekcji do godz. 18-tej, wracania do domu po zmroku. Z klasy o profilu biologia – geografia przeniosłam się na wymarzony biol. –chem. Przy przyjmowaniu mnie do nowej szkoły podpisałam zobowiązanie o nadrobieniu zaległości z chemii i niemieckiego (nie miałam tego języka w pierwszej klasie). Równocześnie zapewniono mnie, że otrzymam pomoc od nauczycielki chemii i będę mogła się z nią spotkać na paru konsultacjach w celu nadrobienia materiału. Jak łatwo się domyślić – pomocy nie otrzymałam. Potraktowano mnie jak każdego innego ucznia, każąc mi pisać od razu sprawdzian, do którego klasa przygotowywała się dwa tygodnie – ja miałam na to może 2 dni. Jedynka goniła jedynkę z chemii. Było to dla mnie bardzo rozczarowujące, zawsze lubiłam ten przedmiot i miałam nadzieję, że szybko wdrożę się w jego systematyczną naukę. Z drugiej strony pojawiły się problemy z klasą – okazało się, ze można wpaść z deszczu pod rynnę. Klasa skupiała osoby raczej przeciętne, nie zawsze zachowujące się w najlepszy sposób. Nie zaakceptowali mnie tak, jak bym tego chciała. Doszło nawet do naśmiewania się z mojego cichego mówienia i cichego sposobu bycia. Raz nawet usłyszałam, ze klasa ma na mnie, cytuję: „wy****ne”, bo się do nich nie odzywam. Czarę goryczy przelała sytuacja z nauczycielką polskiego. Chorowałam na nerki, nie było mnie w szkole 3 tygodnie. Oczywiście miałam stosowną dokumentację lekarską, zwolnienie od lekarza i od rodzica. Pani to nie wystarczyło. Stwierdziła, że moja nieobecność wynikała z wagarowania i wstawiła mi na półrocze ocenę niedostateczną. Zniechęciło mnie to do szkoły kompletnie. Przestałam do niej chodzić, bałam się lekcji polskiego, lekcji matematyki, lekcji chemii, lekcji historii, gdzie najbardziej liczyła się aktywność, a nauczyciel od historii upodobał sobie szczególnie mnie, osobą cichą i nieaktywną, na każdym kroku zmuszał mnie do odpowiadania na pytania, a kiedy tego nie robiłam (nie dlatego, że nie wiedziałam, tylko z powodu blokady) wstawiał mi minusy do dziennika i komentował moje milczenie w zgryźliwy sposób przy całej klasie. Cały semestr do wakacji przesiedziałam w domu i oficjalnie po raz pierwszy w moim życiu straciłam rok i konieczne było powtarzanie klasy.

Od następnego roku szkolnego zapisałam się do szkoły zaocznej dla dorosłych. Zajęcia miałam mieć w weekendy, co dwa tygodnie. Wydawało mi się to bardzo dobrym rozwiązaniem. W tygodniu chciałam poświecić się intensywnej terapii psychologicznej, wydawało mi się, że wreszcie do tego dojrzałam i że wreszcie powinnam sobie pozwolić pomóc. Trafiłam do pani psycholog chwalącej się wieloma tytułami, szkoleniami, kursami i bogatym doświadczeniem. Od początku nie podpasował mi jej sposób bycia, ale pomyślałam, że tak ma być. Terapia indywidualna polegała głównie na moim milczeniu i jej pytaniach, które wydawały mi się absurdalne. „Co lubi  twój tata?”, „Co lubi twoja mama?”, „Co oni sądzą o tym?”. Naprawdę nie wiedziałam jak odpowiedzieć na jej pytania, myślałam, że będziemy się skupiać na przepracowaniu moich problemów, głownie z natręctwami i fobią społeczną. Kiedy milczałam, pani psycholog nie omieszkała mi mówić, że „denerwuje ją moje milczenie” i że moja cisza to forma „biernej agresji”. Na tej terapii wytrzymywałam tylko dlatego, ponieważ formowała się w tamtym okresie grupa wsparcia, która miała mi pomóc przełamać lęki w grupie rówieśniczej. Warunkiem uczestnictwa w grupie, było jednoczesne uczestnictwo w terapii indywidualnej, dlatego zagryzałam zęby i traciłam co tydzień czas i pieniądze chodząc na tę absurdalną terapię. Grupa terapeutyczna, do której się dostałam okazała się trzema osobami razem ze mną. Było trudno, jak zawsze, ale w końcu zaczęłam się przekonywać i oswajać. Przez chwilę nawet myślałam, że jestem we właściwym miejscu, może to właśnie mi pomoże? Niestety. Pani psycholog prowadząca grupę nie mogła już dłużej tego robić, przejęła nas terapeutka z mojej indywidualnej terapii. To był kolejny regres. Wytykanie mi sytuacji, które wydarzały się na naszych indywidualnych spotkaniach przed cała grupą, zarzucanie mi, że skoro dziewczyna z grupy dała sobie radę z jakąś trudną sytuacją , to ja też musze dać radę (w domyśle – jak nie dasz rady, jesteś gorsza, jesteś mięczakiem). To ile złego zrobiła mi ta terapia, to materiał na osobną historię. Stałam się osobą przesadnie lękliwą, bałam się jeździć tramwajami i autobusami, wszędzie doszukiwałam się zagrożeń i niebezpieczeństw, nie chciałam wychodzić z domu.

Równocześnie z tymi wydarzeniami przeżyłam najgorszy atak paniki w moim życiu. Była to sobota, byłam na zajęciach w liceum zaocznym, nagle uroiłam sobie, że osoby zgromadzone w tym pomieszczeniu na pewno stanowią dla mnie zagrożenie. Lustrowałam każdego wzrokiem, wyobrażałam sobie, że ma w plecaku nóż, pistolet, że zaraz mnie zabiję, a ja tak strasznie nie chciałam umierać. Po powrocie do domu odchorowywałam ten dzień bardzo długo, wydawało mi się, że zaraz umrę, że grozi mi niebezpieczeństwo, nie chciałam nawet wychodzić z mojego pokoju. Sytuacja ta z jednej strony była czymś okropnym, ale z drugiej była motorem napędowym do zmiany. Po zaliczeniu semestru w liceum dla dorosłych, poszłam wraz z moją mamą do dyrektorki mojego poprzedniego liceum. Mimo, że był to środek drugiej klasy, początek drugiego semestru – przyjęto mnie do szkoły i, co więcej, zezwolono mi na staranie się o uzyskanie nauczania indywidualnego. Po zebraniu całej dokumentacji i przedstawieniu jej przed komisją orzekającą, nauczanie takie zostało mi przyznane. Nagle okazało się, że takie działanie jest możliwe, że to wcale nie tak, że taka forma pomocy już mi nie przysługuje.

Jeżeli chodzi o terapię, zrezygnowałam z niej, po tym jak pani terapeutka powiedziała mi, ze nie nadaje się do terapii grupowej. Był to dla mnie cios i kolejne przykre doświadczenie odrzucenia. Zrezygnowałam kompletnie z usług tej pani. Próbowała mnie zatrzymać, wmawiała mi, że nigdzie w moim mieście nie uzyskam takiej pomocy jak u niej. Naprawdę miałam to gdzieś. Rok terapii u tej kobiety poczynił we mnie, w mojej psychice takie szkody, ze odczuwam to do dnia dzisiejszego. Liceum skończyłam, z rocznym opóźnieniem, ale skończyłam. Maturę napisałam przyzwoicie, ale nie na takim poziomie, który pozwoliłby mi na dostanie się na wymarzone studia. Teraz mamy listopad 2016 roku. Dostałam się na socjologię, jednak nie byłam w stanie podjąć tych studiów. Uzyskałam pozwolenia na indywidualny tryb odbywania zajęć, niestety niektórzy wykładowcy nawet mając taki papier przed oczami, nie pozwalają mi na jakieś szczególne udogodnienia. Rozpoczęły się u mnie objawy somatyczne, codziennie boli mnie głowa, mam zaburzenia ostrości widzenia, problemy z trawieniem, boli mnie brzuch, czasem mam nudności. Nerwica natręctw i nerwica lękowa nie odpuszczają, przeciwnie – nasilają się, im bardziej jestem zdenerwowana.

Mam 20 lat, za parę miesięcy skończę 21.

Nigdy w życiu nie miałam chłopaka, nigdy nie byłam zakochana. Dalej moimi jedynymi koleżankami są głownie te z podstawówki. Nie maja one jednak dla mnie czasu, ponieważ układają sobie życie w swój własny sposób – maja chłopaków, niektóre wieloletnich, pracują, uczą się, po prostu żyją. Czuje się wykluczona społecznie, nie umiem rozmawiać z ludźmi, głównie siedzę w domu. Codziennie budzę się i płaczę, bo nie chce, żeby moje życie tak wyglądało i boję, że będzie wyglądać tak zawsze. Aktualnie od tygodnia jestem na tabletkach uspokajających, one pozwalają mi jakoś przetrwać od południa kiedy się budzę, do wieczora. Jest mi strasznie przykro, ze moi rodzice muszą mieć takie dziecko jak ja i jednocześnie boję się, że kiedyś ich stracę i zostanę kompletnie sama. Nie wierze w ludzi, nie wierzę w ludzką dobroć. Jak widać na różnych etapach mojego życia, czasem wystarczała zwykła ludzka życzliwość, chęć pomocy, a nie jakieś wygórowane udogodnienia. Kiedyś pani pedagog z liceum zapytała mnie czy zdaje sobie sprawę z tego ile mam przywilejów związanych z moimi problemami i czy to przypadkiem nie jest powód, dla którego nie chce wyzdrowieć. Było to dla mnie ogromnie krzywdzące i przykre. Oddałabym wszystkie moje przywileje i udogodnienia, po to, żeby być normalna i normalnie żyć. Mogłabym teraz studiować, nawet pracować, zawsze chciałam mieć pieniądze na swoje wydatki, na podróże, które miałyby szansę stać się moją pasją. Aktualnie bardzo żałuję tego, ze nie podjęłam studiów na kierunku biologia. Bałam się, że nie będę miała tam nikogo i sobie nie poradzę. Poszłam na uczelnię, na którą poszły moje koleżanki, bo myślałam, że będzie mi tam z nimi łatwiej. Niestety, one zajęły się swoim życiem, nie mają dla mnie czasu, a ja jestem w punkcie wyjścia. Jestem na kierunku społecznym, który nie podoba mi się, wymaga aktywności, udzielania się na zajęciach, pracy w grupach, a ja nie jestem w stanie tego robić. Czasem myślę sobie, że chciałabym cofnąć czas, poprawić te wszystkie błędy, nie zrażać się tak szybko. Jeżeli chodzi o moich rodziców – nie mam do nich zastrzeżeń, bardzo mnie wspierają i mi pomagają, niestety oni też wiele razy trafiali na opór ze strony „specjalistów”. To nie jest tak, że dziecko z takim problemem jak ja razem ze swoimi rodzicami zdziała wszystko. Nie. Tu potrzeba SZTABU ludzi chętnych do pomocy. Od razu kiedy problem jest zdiagnozowany, należy przystąpić do działania. Działania w szkole, poza szkołą. Trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i ciężko pracować, żeby osiągnąć sukces – tak jak w każdej dziedzinie życia. Trzeba działać małymi krokami, wyznaczać sobie małe cele i sukcesywnie je realizować. Ja teraz już wiem, że rzucanie się na głęboką wodę raczej nie jest dobre i jest okupione OGROMNYM, naprawdę OGROMNYM stresem, który może poczynić szczególnie w młodym, wrażliwym organizmie ogromne szkody, znacznie gorsze niż mutyzm wybiórczy.

Nienawidzę użalania się nad sobą, nigdy tego nie lubiłam i było mi przykro, kiedy ktoś mi to zarzucał, kiedy ktoś mi mówił, że jestem egoistką i żebym wreszcie popatrzyła na innych ludzi. To nie jest tak. Ja patrzę na innych ludzi. Bardzo chciałabym pomóc potrzebującym. Ale zanim sama sobie nie pomogę, zanim nie uzyskam równowagi psychicznej, raczej trudno będzie mi zapewnić to innej osobie. Moje koleżanki nie wiedzą o moich problemach. Wiedzą tylko, że zażywam tabletki od psychiatry, ale nie dopytują się raczej o szczegóły. Boję się powiedzieć im prawdę, boję się odrzucenia. Boję się, że nikt mnie nigdy nie pokocha, że nie założę swojej rodziny, bardzo boję się samotności. Z jednej strony wiem, że nigdy nie jest za późno (dopóki się żyje oczywiście), ale z drugiej dałabym bardzo dużo, żeby móc cofnąć czas i przepracować mój problem, wtedy kiedy powinno to zostać zrobione.

Mówię to ja – osoba bez wyższego wykształcenia (na razie), nie psycholog, nie pedagog, nie lekarz, tylko dziewczyna z wielkim problemem, która nie otrzymała właściwej pomocy we właściwym czasie i teraz bardzo cierpi i nie wie co zrobić ze swoim życiem i w jaki sposób walczyć. Bo walczyć zamierzam na pewno.

(2016)