Nasza historia z mutyzmem wybiórczym zaczęła się gdy Martynka miała 3 latka. Byłam w ciąży i nie wiadomo z jakiej przyczyny przestała się ona odzywać do taty i babci, która z nami mieszka. Gdy w 6 miesiącu ciąży wylądowałam w szpitalu to oboje mieli nie lada problem się z dzieckiem dogadać. Ta sytuacja wybiórczego milczenia trwała jakieś dwa miesiące.

W wieku 4 lat Martynka poszła do przedszkola, gdzie nie mówiła do nikogo, ani do dorosłych, ani do dzieci.

Nadmienie, że w tym czasie skumlowało się wiele czynników, które mogły negatywnie wpłynąć na naszą rodzinę. Były to: trudna sytuacja rodzinna ze szwagrem, przeprowadzka, drugie dziecko, podjęcie pracy zawodowej oraz rozpoczęcie budowy domu. Wszystko było okupione  dość dużym stresem i niepokojem. Ale to nie były żadne wyjątkowe sytuacje, które nie spotykają innych rodzin, które znam.

W przedszkolu Pani Dyrektor bardzo szybko dostrzegła problem i zaczęły się nasze wizyty w poradni psychologiczno – pedagogicznej, gdzie uzyskałam opinie o potrzebie objęcia córki opieką pedagogiczno psychologiczną z uwagi na mutyzm wybiórczy. Opinia zawierała ogólne zalecenia do pracy z dzieckiem, ale i tak nikt się do nich nie stosował, bo nauczyciele nie uważali milczenia mojej córki za problem, któremu warto poświęcić uwagę. Poradnia nie zaproponowała mi orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego. Opinia bez dokładnych wskazań do pracy z dzieckiem  i bez czasu przeznaczonego na właściwą pracę z nią okazała się niewystarczająca.
Zaczęły się nasze wizyty u psychologów – terapie w gabinetach specjalistów: grupowe co 2 tygodnie i indywidualne, na których Martyna nigdy się nie odezwała ani jednym słowem. Zajęcia, były przyjemne, ale nic nie zmieniły w problemie z jakim zgłosiłam się po pomoc.

Najgorzej wspominam wizyty u lekarzy psychiatrów, którzy mnie wcale nie rozumieli. Co gorsze, uważali mnie za jakąś wariatkę, która wmawia dziecku chorobę. Mówili mi: “ONA JEST TYLKO NIEŚMIAŁA. WYROŚNIE Z TEGO.” Po każdej wizycie czułam się coraz gorzej. Dobijał mnie brak zrozumienia i jakiejkolwiek pomocy, bo oni sami o mutyzmie wybiórczym wiedzieli niewiele. To smutne! Powtarzali w kółko: “ONA JEST TYLKO UPARTA, ZAWZIĘTA I MANIPULUJE NAMI” I tak przez ponad 6 lat, żaden specjalista nie bardzo wiedział jak nam pomóc. Wszyscy działali po omacku, bez żadnego planu, a ja im ufałam.

W 2016 r. znalazłam w Internecie “specjalistkę od gadania” z Warszawy, która prowadziła poradnię pomagającą dzieciom z mutyzmem wybiórczym. Uwierzyłam, że nareszcie ktoś nam pomoże. Pomimo tego, że mieszkamy daleko od stolicy byliśmy u niej kilka razy, za każdym razem zostawiając dużo pieniędzy (bo czego się nie robi dla własnego dziecka). Niestety to był kolejny błąd w moim życiu. Znów zaufałam niewłaściwym osobom. Gadała nawet dobrze, ale bardzo ogólnikowo przedstawiając suchą teoria książkowa, bez wskazówek jak zastosować to w codziennym życiu. To było zdecydowanie za mało, aby zacząć działać skutecznie.

I tak, bez mówienia w szkole minęła trzecia klasa…

Wychowawczyni z trzeciej klasy przekazała opinie nowej, bardzo empatycznej wychowawczyni w klasie czwartej, która była chętna nam pomóc. Jej opinia brzmiała następująco: “Z MARTYNĄ NIE MA ŻADNYCH PROBLEMÓW: JEST AMBITNA, GRZECZNA, DOBRZE SIĘ UCZY, PIĘKNIE RYSUJE – ONA TYLKO NIE MÓWI”.
Gdy się o tym dowiedziałam, miałam straszny żal do niej, że nie dość że się nie stosowała do zaleceń z poradni psychologiczno – pedagogicznej to jeszcze w ogóle nie widziała problemu. Byłam wściekła.

Dopiero gdy w styczniu 2018 roku trafiłam na grupę na Facebooku “Mutyzm Wybiórczy Reaktywacja” i poznałam mamy, które zmagają się z tym samym problemem, to wszystko zmieniło się o 180 stopni. Wtedy wiedziałam, że nie jestem z tym problemem sama, że jest nas więcej.  Bardzo dodawał mi otuchy fakt, że były to osoby z którymi mogłam porozmawiać i one mnie rozumiały: Ewa Romańska, z którą rozmawiałam przez wiele godzin i Ania Strzelecka. Odbyłam szkolenie z Anią w Ustroniu (luty 2018) po którym byłam jeszcze bardziej nakręcona i gotowa do działania.
Dziewczyny opowiedziały mi własne historie. Posiadają one potrzebną nam wiedzę i doświadczenie, którym chętnie się z nami dzielą. Opowiadają o sukcesach, mówią nam jak pracować. I wtedy wiedziałam, że skoro im się udało pokonać Pana Stracha to i nam też się uda! OBIE BYŁY MOIM KOŁEM RATUNKOWYM I NAPĘDZAŁY MNIE DO DZIAŁANIA.

Przeczytałam materiały dostępne na grupie wsparcia kilka razy i zrozumiałam, że to ja muszę wziąć sprawy w swoje ręce, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.

Na początek porozmawiałam szczerze z córką. Omówiłam otwarcie jej lęki i obawy. Obiecałam, że jej pomogę, ale potrzebuję jej pomocy i zaangażowania.

Od razu w styczniu 2018r. udałam się do pani dyrektor szkoły mojej córki. Szkoła była bardzo otwarta na współpracę i gdy tylko miałam przyznaną salę zaczęłam pracować z córką w szkole metodą sliding-in, aby oswoić jej lęk przed mówieniem.  Od lutego 2018 roku otrzymałam z poradni orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego, o które wnioskowałam wyposażona w wiedzę od dziewczyn. Równocześnie poza szkołą ćwiczyłyśmy wszędzie, gdzie się tylko dało sklep, biblioteka, place zabaw.

MAŁE KROCZKI CZYNIŁY CUDA.

Już pierwsze sukcesy były dla nas dużym ładunkiem pozytywnej energii. Zrezygnowałam ze wszelkich dotychczasowych terapii gabinetowych, bo nie były nam wcale potrzebne. Były stratą czasu. Rezygnacja nie odbiła się negatywnie na dziecku. Było wręcz przeciwnie. Do końca czerwca udało nam się przepracować całą klasę i dwie panie z wychowawczynią na czele, która cały czas  bardzo chciała nam pomagać.

SUKCES NAPĘDZAŁ SUKCES. 

Potem rozpoczęły się wakacje i zaczęła praca z rodziną. Nikt wcześniej Martynki nie słyszał. Wystarczyła MAGICZNA MOC MAŁYCH KROKÓW, “DRABINEK” I JUŻ GADA!

To niesamowite, że tak duże postępy osiągnęliśmy w tak krótkim czasie.

WIELKA RADOŚĆ MOJA I NAJBLIŻSZYCH ,ŻE NARESZCIE UDAŁO SIĘ MARTYNKĘ USŁYSZEĆ I MA TAK DUŻO DO POWIEDZENIA .

Aż łzy się cisną do oczu, że człowiek był tak głupi i tak dużo dobrego czasu zmarnował na bezsensowne terapie gabinetowe.

Dziękuję Bogu, że trafiłam w końcu na odpowiednie osoby i wierzę, że wszystko się da tylko trzeba bardzo chcieć się zaangażować. Trzeba poświęcić mnóstwo czasu i włożyć w to co się robi całe serce, a nie zwalać na innych, bo nikt tego za nas RODZICÓW nie zrobi .

JESTEM MEGA DUMNA Z MOJEJ MARTYNKI, która ma prawie 12 lat.
Mama